Poza Kościołem nie ma zbawienia

 

O. Jacek Salij OP

Chodzi mi o zasadę: "Poza Kościołem nie ma zbawienia". W moim mniemaniu sugeruje ona podział ludzi na dobrych (katolików) i złych (niekatolików). Człowieka współczesnego bardziej przekonuje inna zasada: że zbawiony będzie każdy, kto żyje uczciwie.

Ciężar odpowiedzi spróbuję skierować na pytanie, czym jest zbawienie. Wspomina Pan o człowieku uczciwym, a więc o kimś, kto sumiennie wypełnia swoje obowiązki, jest sprawiedliwy i życzliwy wobec bliźnich, stara się mieć oczy otwarte na cudze potrzeby, nie hańbi się kłamstwem ani łapówkami, nie jest pijakiem ani rozpustnikiem, nie zdarzyło mu się słowem ani czynem wystąpić przeciw nie narodzonemu życiu, gotów jest raczej przyjąć na siebie biedę i prześladowanie niż odejść od tego, co słuszne. Jeśli ktoś tak postępuje, szczerze mu gratuluję. I życzę mu, żeby był jeszcze bardziej uczciwy.

Uczciwość da temu człowiekowi wiele satysfakcji już w tym życiu. Dobro, nawet jeśli człowieka kosztuje, nawet jeśli się czasem dla niego pocierpi, przynosi z sobą jakąś dziwną nagrodę. Kto zna to z doświadczenia, nie może się nadziwić ludziom -- a i samemu sobie: w chwilach, kiedy "nie czynię dobra, którego chcę, ale czynię zło, którego nie chcę" (Rz 7,19) -- którzy zdradzają dobro dla jakichś innych korzyści. Przecież wszelkie korzyści w porównaniu z tą nagrodą, jaka zawiera się w czynieniu dobra, są pozorne, są tak zwodnicze!

Może więc naprawdę uczciwość zapewni człowiekowi zbawienie wieczne? Przypuszczenie takie wydaje mi się zupełnie niezgodne z naszym codziennym doświadczeniem moralnym. Mianowicie doświadczenie życia uczciwego ujawnia przedziwny paradoks uczciwości: im więcej czynię dobra, im bardziej panuję nad swoimi namiętnościami, tym wyraźniej dostrzegam ułomność i robaczywość mojej, pożal się Boże, uczciwości. Owszem, są ludzie bardzo zadowoleni ze swojej uczciwości, uważający się za nieskazitelnych. Czujemy przecież coś nieprawdziwego w takiej uczciwości, która nie wie o tym, że jest ułomna, albo swoją ułomność dostrzega jedynie w jakichś mało ważnych drobiazgach -- taką uczciwość nazywa się pospolicie faryzeizmem.

Niestety, niemożliwością jest dla człowieka przestać być grzesznym, największym nawet wysiłkiem moralnym tego nie dokonam. Mało tego: wysiłek moralny, czyniąc człowieka nieco lepszym i dając mu sporo satysfakcji, sprowadza zarazem dwie dotkliwe boleści. Prawda, są to bóle zdrowe, bogacące, ale przecież bóle, i to dotkliwe. Po pierwsze, pod wpływem czynionego dobra spada z naszych oczu część bielma, a prawda o sobie, jaką w ten sposób zdobywamy, nie należy niestety do najprzyjemniejszych. Człowiek zaczyna odczuwać potrzebę -- niekiedy gwałtowną -- wyzwolenia się ze zła, uwolnienia w sobie tych wszystkich dobrych mocy, jakimi obdarzył go Stwórca, a które w dużym stopniu są we mnie jakby sparaliżowane. I tutaj natrafiam na nieprzekraczalną granicę swoich moralnych możliwości: w czynieniu dobra człowiek może się niekiedy zdobyć nawet na heroizm, a przecież nikt z nas -- nawet jeśli bardzo żywo odczuwa taką potrzebę -- nie osiągnie tego, żeby był dobrym bez reszty.

To jest źródłem drugiej boleści. Człowiek, który poznał smak dobra, w pewnym momencie zaczyna pragnąć jego smaku czystego, nieskażonego, chciałby zaspokajać swoje pragnienie jakby z samego źródła. Otóż dopóki będą we mnie takie czy inne -- choćby trudne do nazwania -- niedobre mroki, jest to niemożliwe. Tymczasem nie jest w mocy człowieka przestać być grzesznikiem. Satysfakcja z czynienia dobra, chociaż tak wzniosła i szlachetna, zawsze jest jakby zmącona, zawsze jest otwarta na coś więcej, na coś, co przekracza nasze możliwości.

Powiem otwarcie: ja nie umiem mówić o zbawieniu ludziom, którzy nie wiedzą o tym, że są grzeszni, którym nie znana jest tęsknota, aby być lepszym, którzy nie dostrzegają różnych nieczystych mroków, jakie każdy z nas w sobie nosi. Jeśli zaś ktoś tę prawdę o sobie jakoś czuje, to wie zarazem, że zbawienie -- osiągnięcie swojej pełnej tożsamości, pełne duchowe wyzwolenie -- jest ludzkimi siłami nieosiągalne. Nie ma żadnej proporcji między naszą uczciwością a zbawieniem. Zbawienie może być tylko darem Bożym.

Chrześcijanie wierzą, że Bóg naprawdę udziela ludziom daru zbawienia. Wierzymy, że w Jezusie Chrystusie dar ten będzie nawet czymś nieskończenie więcej niż całkowitym wyzwoleniem z grzechu: przy końcu naszej drogi nie tylko staniemy się nieskazitelnie bezgrzeszni, ale -- jako uczestnicy Bożej natury, jako synowie Boży -- będziemy oglądali Boga twarzą w twarz! Wiara chrześcijańska głosi więc obietnice po ludzku zupełnie nieprawdopodobne. Realnego kształtu nabierają one dopiero wówczas, jeśli człowiek stara się kochać Chrystusa, jak potrafi, wypełniać Jego przykazania, karmić się Jego ciałem.

Jak więc Pan widzi, w świetle wiary chrześcijańskiej albo osiągniemy zbawienie w Chrystusie i przez Chrystusa, albo w ogóle go nie osiągniemy. Nie ma zbawienia poza Chrystusem. Zbawienie bowiem nie jest nagrodą za nasze dobre czyny. Jest przekraczającym możliwości człowieka wyzwoleniem z wszelkiego duchowego paraliżu i darem przebóstwienia. O tyle tylko można powiedzieć, że zbawienie jest nagrodą za nasze dobre czyny, o ile nasze dobro spełniamy w przestrzeni zbawczej mocy Chrystusa (w łasce uświęcającej).

Proszę zauważyć, że w Ewangelii raz mówi się o niemożliwości zbawienia bez realnej łączności z Chrystusem: "Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony; kto nie uwierzy, będzie potępiony" (Mk 16,16). Innym razem powiada Ewangelia, że będziemy sądzeni z naszych czynów i w zależności od tego wejdziemy do chwały wiecznej albo zostaniemy odrzuceni (Mt 25). Nie ma sprzeczności między tymi dwoma spojrzeniami: Ludzka uczciwość nie może sama z siebie przybliżyć nam zbawienia, możemy je otrzymać tylko od Chrystusa. Ale zarazem nie będą zbawieni ludzie czyniący zło. Tylko człowiek uczciwy może osiągnąć zbawienie: jeśli swoją uczciwość i samego siebie otworzy na moc Chrystusa, jeśli ogarnie go -- wraz z jego dobrymi czynami -- przemieniająca moc łaski.

Otóż w świetle wiary jest rzeczą ponad wszelką wątpliwość, że dzieła zbawienia i uświęcenia człowieka Chrystus dokonuje w Kościele: tutaj głosi się słowo Boże, w sakramentach otrzymujemy realny przystęp do Chrystusa Zbawcy, w Eucharystii zaś możemy wejść w najściślejszą komunię z Chrystusem. On sam każe nam zapraszać do Kościoła wszystkie narody: głosić im Ewangelię i chrzcić je, mówiąc krótko, wprowadzać je na drogę zbawienia. Jeśli wobec tego poważnie myślę o swoim zbawieniu, nie jest rzeczą obojętną, czy wierzę w Chrystusa czy nie, jestem w Kościele czy poza nim. Tylko tym, którzy wierzą w Chrystusa i starają się pełnić Jego wolę, można głosić radosną pociechę: "Cieszcie się i radujcie, bo imiona wasze zapisane są w niebie" (Łk 10,20).

Czyżby więc nie było zbawienia poza Kościołem? Na ten temat nie trzeba za dużo filozofować. Być może z granicami Kościoła jest podobnie jak z granicami życiodajnej oazy: oaza nie jest odgrodzona od pustyni, ona po prostu przestaje istnieć tam, gdzie nie ma życia. W tej perspektywie Kościół istniałby wszędzie tam, gdzie zbawcza moc Chrystusa przemienia ludzi, choćby oni sami o tym nie wiedzieli, granicę zaś Kościołowi wyznaczałby jedynie grzech, brak życia Bożego. Są dane biblijne, które dopuszczają takie spojrzenie. Na przykład w Apokalipsie napisano, że bramy Miasta Bożego będą wiecznie otwarte, ale zarazem "nic nieczystego do niego nie wejdzie ani ten, co czyni ohydę i kłamstwo, lecz tylko zapisani w księdze życia Baranka" (21,27). Paweł zaś Apostoł naucza, że Chrystus "jest Zbawcą wszystkich, a zwłaszcza wierzących" (1 Tm 4,10) -- zauważmy słowo "wszystkich", ale zauważmy też słowo "zwłaszcza".

Na pewno nie można interpretować zasady "poza Kościołem nie ma zbawienia" w taki sposób, żeby przestała ona cokolwiek znaczyć. Nie wolno więc nam zagubić tej prawdy wiary, że zbawienie człowiek może otrzymać wyłącznie od Chrystusa. Nie wolno też nam zagubić wezwania misyjnego do wszystkich narodów: wszyscy ludzie są zaproszeni do wiary w Chrystusa i do radowania się Jego darami, nas zaś, wierzących, Chrystus wzywa do przekazywania dalej Dobrej Nowiny. Natomiast sprawę zbawienia wiecznego ludzi niewierzących w Chrystusa zostawmy po prostu Panu Bogu: On z całą pewnością jest i sprawiedliwy, i miłosierny, a łaska Chrystusa zapewne dociera tajemniczo również poza widzialne granice Kościoła. Wszakże "zbawienie poza Kościołem -- jak trafnie zauważył pastor Bonhoeffer -- jest dla wiary zasadniczo niepoznawalne i dlatego nie może stanowić punktu doktryny. Zbawienie jest rozpoznawalne po Obietnicy, a Obietnicę otrzymało głoszenie czystej Ewangelii."1

I jeszcze dwa dopowiedzenia. Niebezpieczeństwo rasizmu duchowego u chrześcijan, o którym Pan wspomina w swoim liście, zapewne istnieje, ale wystarczy wczytać się nieco w Ewangelię, żeby odeszła człowiekowi ochota dzielenia ludzi na dobrych i złych. Powiedziano nam przecież: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" (Mt 7,1). Wiemy też, że nie wystarczy być w Kościele, żeby dostąpić zbawienia, każdy z nas może -- strach o tym pomyśleć -- zmarnować swoje życie. Zaś w Ewangelii św. Łukasza znajdują się słowa jakby wprost dotyczące naszego tematu: "Sługa, który zna wolę swego Pana i nie uczynił zgodnie z Jego wolą, wielką chłostę otrzyma. Ten zaś, który nie zna Jego woli i uczynił coś godnego kary, małą chłostę otrzyma. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie, a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą" (12,47n).

I drugie dopowiedzenie. Wydaje mi się, że istnieje jedna sytuacja, w której mogę powiedzieć bliźniemu: Pomyśl o swoim zbawieniu, bo poza Kościołem go nie znajdziesz. Mianowicie jeśli ktoś dla jakichś niskich, niegodnych racji porzuca Kościół lub go rozbija, albo boi się do niego przystąpić. "Nie mogliby być zbawieni tacy ludzie -- powiada ostatni Sobór w Konstytucji o Kościele (nr 14) -- którzy wiedzą, że Kościół założony został przez Boga za pośrednictwem Jezusa Chrystusa jako konieczny, mimo to nie chcieliby bądź do niego przystąpić, bądź też w nim wytrwać".

 

Odpust na cmentarzu
 
 


Jeśli z odpustem tradycyjnie kojarzy się nam wielkie świętowanie, to nie ma w tym nic złego. Z tak wielkiego daru, jakim jest odpust, trzeba się przecież cieszyć. Również wtedy, gdy uzyskujemy ten dar, nawiedzając cmentarze.
 
Uroczystość Wszystkich Świętych i cały następujący po niej tydzień to w Kościele szczególny „wysyp” odpustów. Można je uzyskiwać nawet codziennie od 1 do 8 listopada, nawiedzając pobożnie cmentarz i odmawiając jakąś modlitwę za zmarłych, oczywiście przy zachowaniu zwyczajnych warunków, o których będzie poniżej. Najpierw warto jednak przypomnieć sobie, czym w istocie jest odpust, aby tej praktyki w Kościele nie lekceważyć, bądź nie sprowadzać jej do samych tylko kolorowych jarmarków.
 
Podwójny skutek
 
Zacznijmy od tego, że każdy grzech popełniony przez człowieka ma podwójny skutek. Jest zlekceważeniem Boga, który mówi „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa…”. A człowiek wie „lepiej”, jak sobie urządzić szczęśliwe życie – jak syn marnotrawny z Chrystusowej przypowieści. Takie świadome odrzucenie Bożego autorytetu i Bożej miłości ma skutki trwające na wieczność, bo wszystko, co dotyczy Boga, rozgrywa się w Jego wieczności. Stąd Kościół naucza, że jeśli grzesznik w doczesnym życiu nie pojedna się z Bogiem i umiera w stanie grzechu ciężkiego, to grozi mu wieczne potępienie. Albowiem „Bóg osiągnięty jest niebem, upragniony jest czyśćcem, a utracony jest piekłem” – jak to wyjaśniał Ferdynand Krenzer w dziele „Taka jest nasza wiara”. Sakrament pokuty zgodnie z Chrystusową obietnicą ponownie otwiera człowiekowi bramy Domu Ojca, gładzi wieczne skutki naszych grzechów i ratuje przed potępieniem.
 
Ale każdy grzech ma także skutki w naszej doczesności. Jest krzywdą wyrządzoną drugiemu człowiekowi, Kościołowi i samemu sobie. Za te skutki również jesteśmy odpowiedzialni i Bóg w sakramencie pokuty nie zwalnia nas z konieczności zadośćuczynienia za nie. Warto tu przypomnieć zasadę głoszoną przez św. Augustyna: „Grzech nie będzie odpuszczony, dopóki wziątek nie będzie zwrócony”. Odmowa naprawy wyrządzonego zła pociąga za sobą nieważność Sakramentu pokuty. Tak więc skradzione rzeczy należy oddać, kłamstwa odwołać i sprostować, rany zaleczyć, zadany ból wynagrodzić dobrymi uczynkami. Jakaż byłaby to katolicka moralność, gdyby złodziej wyspowiadał się z kradzieży portfela, odmówił nakazane mu w ramach „pokuty” litanie i z czystym już sumieniem szastał pieniędzmi pochodzącymi z kradzieży?
 
Życie za krótkie
 
Zdarza się jednak, że sprawca po nawróceniu ma jak najlepszą wolę, ale naprawa wyrządzonych krzywd przekracza jego naturalne możliwości. Czasem dlatego, że życie jest już za krótkie, gdy grzesznik spowiada się dopiero na łożu śmierci i nie jest w stanie już nic zrobić. Albo dlatego, że skradzionych czy zdefraudowanych dóbr było tak wiele, iż nawet pracując i oszczędzając przez całe życie, niemożliwe jest, aby wszystko zwrócić prawowitym właścicielom. A nieraz może być i tak, że ze względu na samą naturę grzechu pełne zadośćuczynienie za zło jest poza ludzkim zasięgiem. Bo jak wynagrodzić choćby za grzech aborcji? Przecież człowiek nie zwróci życia nienarodzonemu dziecku. Albo zrekompensować za odebrane innym zdrowie? Nawet ufundowanie dożywotniej renty wszystkiego przecież nie załatwia.
 
Są wreszcie takie skutki grzechów, które mogą być dziedziczone przez pokolenia. Jeśli przez nas ginie w wypadku samochodowym ojciec rodziny, to skutki naszego grzechu trwać mogą w życiu dzieci tego człowieka, a może i wnuków. Jest wiele innych przykładów na to, jak skutki grzechu jednego człowieka mogą trwać w doczesności nawet wtedy, gdy ich sprawca jest już na tamtym świecie.
 
I co wtedy, gdy człowiek odchodzi do wieczności pojednany z Bogiem, ale w doczesności ciągle trwają skutki wyrządzonego przez niego zła i krzywd? – Czy matka może być szczęśliwa w wieczności, jeśli wie, że w doczesności z jej winy cierpi choćby jedno jej dziecko? – pytał w przed laty „Eschatologii” kard. Joseph Ratzinger. I odpowiadał, że miłość i poczucie winy będą tym, co ludzi, którzy przeszli do wieczności, będzie boleśnie wiązać z doczesnością. I to właśnie jest czyściec. To stan, którego doświadczają w wieczności ludzie pojednani już z Bogiem, którzy nie mogą jednak cieszyć się pełnią zbawienia, dopóki w doczesności trwa spowodowane przez nich i nienaprawione zło.
 
Nie ma sensu dywagować, jak długo może trwać dla człowieka czyściec. Mówimy przecież o rzeczywistości, która dotyczy ludzi żyjących w wieczności, a z doczesnością powiązanych jedynie przez swoją winę i pamięć. Ale właśnie z naszego, doczesnego punktu widzenia niektórzy teologowie twierdzą, że to „trwanie” czyśćca w wieczności jest powiązane z trwaniem skutków naszych grzechów w doczesności. Jak długo trwać będą złe skutki na ziemi, tak długo w wieczności będziemy z tego powodu cierpieć. Nie to jest jednak najważniejsze, bo według św. siostry Faustyny nawet jedna chwila cierpień czyśćcowych jest gorsza niż wszystkie cierpienia na ziemi.
 
Komu czyściec pisany?
 
Z refleksji nad skutkami grzechu i obowiązkiem zadośćuczynienia łatwo wyciągnąć wniosek, że perspektywa czyśćca jest pisana wielu z nas i wielu spośród naszych bliskich, którzy żyli przed nami. I tak by było, gdyby nie praktyka mająca podstawy, a rozwinięta szczególnie w pierwszych wiekach Kościoła, kiedy rozgrzeszenia udzielano nie jakby na kredyt, ale dopiero po odprawieniu zadośćuczynienia Bogu i bliźniemu. Za najcięższe przewinienia, jak zabójstwo, cudzołóstwo i zaparcie się wiary, zadośćuczynienie mogło się przeciągać nawet do końca życia. Pokutnik nierzadko przez całe lata stał przed świątynią na bosaka i we włosiennicy, prosząc wchodzących na liturgię o modlitwę i wstawiennictwo przed Bogiem.
 
Szczęśliwcami byli ci, którym w tym czasie udało się znaleźć męczennika, który cudem przeżył tortury, albo w więzieniu właśnie szykował się na śmierć. Jeśli ów męczennik oświadczył – najlepiej na piśmie – że swoje cierpienia ofiaruje jako zadośćuczynienie za swojego upadłego brata w wierze, to była podstawa, aby pokutnikowi odpowiednio skrócić okres oczekiwania na rozgrzeszenie. W przypadku listu polecającego od znanego i wyjątkowo heroicznego męczennika, można było nawet liczyć na prawie natychmiastowe zakończenie pokuty. Rozwinięcie tej praktyki w kolejnych wiekach doprowadziło do dzisiejszego rozumienia odpustów. Dzisiaj jednak nikt na własną rękę nie szuka już męczenników i świętych, którzy przyjdą mu z pomocą swoimi zasługami przed Bogiem. Zamiast tego mówi się o „skarbcu zasług Kościoła”, z którego każdorazowy papież jako zastępca Chrystusa na ziemi może udzielać łask potrzebującym i spełniającym określone warunki. Na ów skarbiec Kościoła składają się nade wszystko zasługi zbawczej Męki Jezusa Chrystusa, a także zasługi wszystkich świętych, począwszy od Matki Bożej, a na bł. Janie Pawle II i innych współcześnie wynoszonych na ołtarze kończąc. Do tego skarbca wrzucamy i my swoje trzy grosze, ilekroć modlimy się „w intencjach Ojca Świętego” i gdy w ogóle prowadzimy święte życie.
 
Jakie odpusty?
 
Kościół ma dla swoich wiernych dwa rodzaje odpustów: zupełny i cząstkowy. Zupełny obejmuje wszystkie doczesne skutki grzechów dotąd popełnionych i przebaczonych w Sakramencie Pokuty. Cząstkowy powoduje zmniejszenie naszej odpowiedzialności za zło w doczesności, w odpowiedniej proporcji do tego, na ile nasz pobożny uczynek zmniejszałby ją sam z siebie. Czyli coś takiego, jakby Kościół wspaniałomyślnie dorzucał nam przed Bogiem drugie tyle w stosunku do naszych zasług przed Bogiem za spełnienie określonego czynu.
 
Odpust w żadnym wypadku nie zastępuje spowiedzi i nie zastępuje człowieka w wypełnianiu zadośćuczynienia. Nie jest również czymś, co działa mechanicznie, otwierając niebiańskie podwoje. Jest rodzajem wstawiennictwa przed Bogiem ze strony Kościoła za tymi, którzy otrzymali rozgrzeszenie i mają szczerą wolę naprawy wyrządzonych krzywd, ale z różnych, wspomnianych wcześniej względów, zadośćuczynienie to przekracza ich ludzkie możliwości.
 
Najważniejszym warunkiem skorzystania z odpustu zupełnego jest stan łaski uświęcającej, przyjęcie wyznaczonego dnia Komunii Świętej i odrzucenie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby i powszedniego. Dopiero wtedy po wypełnieniu innych warunków, jak odmówienie wyznania wiary, modlitwa w intencjach Ojca Świętego i spełnienie wyznaczonych przez niego pobożnych uczynków można mieć nadzieję na ten niezwykły dar ze strony Chrystusowego Kościoła. Odpust taki można ofiarować w zależności od konkretnych przepisów w intencji siebie samego albo w intencji zmarłych. Nasi bliscy żywi muszą się starać o odpust dla siebie sami.
 
W przypadku odpustów uzyskiwanych przy okazji nawiedzenia cmentarzy w pierwszych dniach listopada, można je ofiarować wyłącznie za zmarłych. Ale to głównie dla nich chodzimy przecież na cmentarze. Mamy pewnie takich bliższych czy dalszych zmarłych, którzy przed śmiercią pojednali się z Bogiem, ale czasu lub sił już zabrakło, aby w pełni zadośćuczynili za swoje grzechy Bogu, ludziom i Kościołowi. Ofiarując za nich odpust, mamy powód do wielkiego świętowania, tak łatwo możemy się przyczynić, by cała wieczność była dla kogoś naprawdę szczęśliwa.
 
ks. Henryk Zieliński